|
Gdy w niedzielę 20 marca 2010r. dotarłam do domu mojej "host family"
wiedziałam, że czeka mnie długi tydzień. Z jednej strony była ciekawość
nowych miejsc, ludzi, sytuacji, z drugiej odrobina strachu- czy na pewno
się do tego nadaję, czy nie strzelę jakiejś gafy? Zaskakujące było to,
jak szybko ta trema ze mnie zeszła, gdy tylko poznałam moją nową
rodzinę, porozmawiałam z nimi, zobaczyłam, że są naprawdę niesamowitymi
ludźmi, poczułam się jak w domu. Następnego dnia utwierdziłam się w
przekonaniu, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Pomimo, iż
wysłuchanie uważnie 30 przemówień głów delegacji z krajów UE oraz państw
kandydujących nie było prostym zadaniem, już w przerwie mieliśmy okazję
nawiązywać nowe znajomości, spotkać naprawdę interesujących ludzi, a przy
okazji przyjrzeć się królowej Danii, co było z pewnością nietypowym
doświadczeniem. Oczywiście przyglądaliśmy się dyskretnie. Po ceremonii
otwarcia przyszła pora na lunch (kanapki, które od tej pory towarzyszyły
nam codziennie) i "team building" składający się z gier i zabaw- nieco
dziwacznych, ale zbliżających do siebie ludzi. Wtorek i środa minęły na
pracy w komitetach (grupach kilkunastu osób, które wybrały sobie dany
temat). Zaskakujące, jak dużo było pomysłów na rozwiązanie problemów
dotyczących naszego tematu. Na szczęście mój komitet był wyjątkowo
zgodny, nie było większych sporów, więc też nie było tak dużego stresu,
jakiego się obawiałam. Oczywiście trzeba było się zgłaszać, mówić,
pisać, ale wydaje mi się, że ludzie, którzy jadą na MEP zdają sobie
sprawę, że nie jest to urlop. Przynajmniej większość z nich. W czwartek
wszyscy delegaci wybrali się do Peace Palace, jednego z najciekawszych
obiektów w Hadze. Wieczorem był czas na przekonywanie pozostałych
członków zjazdu do głosowania za naszą rezolucją (której treść była
owocem pracy z wtorku i środy). W końcu nadszedł piątek a po nim sobota
i tzw. "General Assembly" w budynku w którym odbywają się obrady
parlamentu holenderskiego. Było to zgromadzenie wszystkich delegatów w
celu przedyskutowania rezolucji uchwalonych przez poszczególne komitety.
Tutaj padało dużo niezbyt przemyślanych komentarzy, duża część zabierała
głos tylko po to, aby "zaistnieć". Jednak wydaje mi się, że dyskusja
odbyła się na dość wysokim poziomie i pomijając pewne wyjątki od reguły,
na sali panowała pełna kultura. I w końcu po oficjalnym zakończeniu
nastał nadszedł czas na imprezę pożegnalną trwającą do nocy i nie będącą
bynajmniej nudną, oficjalną kolacją.
Z mojego punktu widzenia wyjazd był naprawdę świetnym doświadczeniem-
wszyscy przećwiczyliśmy pracę w grupach, przełamywanie własnych
słabości, poznaliśmy nowych przyjaciół- być może na całe życie i
potrenowaliśmy angielski. |